wtorek, 4 czerwca 2013

Rozdział 24. Magnolska masakra gumowym nożem - czyli: pisz testament, albowiem to dzisiaj zginiesz.

Witaam! Przysiadłam tak trochę przy rozdziale, chociaż weny zbyt wielkiej nie miałam... Ale coś tam napisałam. xD


Odsunąłem się od Lyona i cały czas zerkałem z niepokojem na Natsu. Coś mi mówiło, że to właśnie dziś umrę. I jeden i drugi mi wpierdoli tak, że nie będę pamiętał, jak się nazywam. Zupełnie jak po grubym melanżu. Strzeliłem poker face’a i czekałem na śmierć.
- O, Dragneel! Co za niespodzianka, wczoraj był u nas Jellal, a dzisiaj ty. To miłe. - Lyon wyszczerzył nie do końca białe zęby w uśmiechu. – Ale coś niemrawo wyglądasz. Nic ci nie jest? – Zmarszczył brwi (dobrze, że nie miał takich jak Yuka, bo one to chyba mają własne życie).
- Idź po lekarza – powiedziałem, siadając obok Natsu. – Szybko.
Chciał zaprotestować, ale kiedy napotkał moje spojrzenie, po prostu wyszedł. Gdy wreszcie usłyszałem trzaśnięcie drzwi wejściowych, odetchnąłem głęboko.
- Lyon mnie kocha. Myślałem, że ty wybrałeś Gajeela. Niewiele myśląc, przespałem się z nim. I teraz on sądzi, że jesteśmy razem – wyjaśniłem, tak trochę nieskładnie.
Dragneel wyglądał, jakby w ogóle mnie nie słuchał. Zanim choćby ruszył palcem, minęły wieki.
- Nie zdradziłeś mnie, bo nie byliśmy razem – wydusił z siebie wreszcie. – Co nie zmienia faktu, że to boli, aż za bardzo – dodał ciszej, opadając na poduszki.
- Natsu… Przepraszam cię. Pewnie mi nie wybaczysz, ale ja naprawdę żałuję, że tak bardzo dałem się ponieść emocjom. – Panie i panowie, chyba jakoś wybrnąłem, należą się brawa!
Nie odpowiedział. Jego oddech stawał się coraz płytszy i zaczynałem się poważnie niepokoić o stan jego zdrowia.
- Natsu, słyszysz mnie? Jeśli tak, to chociaż kiwnij głową.
Zmarszczyłem brwi i ująłem jego dłoń w swoją.
- Słyszę cię. Po prostu myślę – odparł. – Gdyby nie to, że jakoś mi słabo, to po twoim domu i po tobie nic by nie zostało – dodał po chwili.
Przełknąłem głośno ślinę. No i jednak nie wybrnąłem, ale brawa możecie mi bić. Za głupotę.
Nie wątpiłem ani przez moment w prawdziwość jego słów. Zaczynałem się cieszyć, że jednak tak nie do końca dobrze się czuje. Nie żebym mu nie współczuł, czy coś…
Nagle Pedalski Włos poderwał się z łóżka i rzucił na mnie, przy okazji zrzucając nas obu na podłogę.
- Ej, przestałeś wyglądać na chorego! – pisnąłem niczym mała dziewczynka na widok pająka, po czym automatycznie spaliłem buraka. W końcu takie reakcje nie przystoją prawdziwemu mężczyźnie.
- Musiałem jakoś uśpić twoją czujność, idioto – syknął przez zaciśnięte zęby, zaciskając palce na mojej (tzn. Lyona) koszulce.
Mamoo, ja nie chcę umieraaać! On ma wściekliznę, toczy pianę z pyska! A jak mnie czymś zarazi?
To koniec. Klęska. Po mnie. Nie zdążyłem napisać testamentu, a jest tyle osób, którym chciałbym przepisać spadek po mnie. Co prawda nie jest jakiś szczególnie duży ani przydatny ani wartościowy… No ale liczy się gest, co nie?
Złapałem go za nadgarstki, chcąc choć trochę pohamować jego mordercze zapędy.
- Chcesz mnie zabić? – warknąłem cicho.
- Nie mogę tego znieść, do cholery! – krzyknął, potrząsając mną jak jakąś lalką.
Poczułem, że jeszcze chwila i się porzygam, a tego to chyba nikt nie chciałby ani widzieć, ani wąchać, cholera. Mimo wszystko pozostałem zupełnie bierny. Zwolniłem uścisk na jego nadgarstkach i po prostu czekałem, aż powie to, co chce powiedzieć. Jakbym się wtrącił, to – znając mnie – palnąłbym taką głupotę, że musiałbym się z niej tłumaczyć do usranej śmierci. Wolałbym tego uniknąć, chociaż zważywszy na okoliczności… Moja śmierć jest blisko. Już chyba nawet widzę światełko w tunelu, od tego telepania mną w tą i w tamtą.
- Nie mogę znieść tego, że między nami się tak popsuło, ani tego, że… dotykał cię ktoś inny!
Przydusił mnie do podłogi. Poczułem, że jego kolano gniecie mi jaja i skrzywiłem się lekko.
- Ale najbardziej nie mogę znieść tego… Tego, że ty masz to w dupie. – Głos mu się lekko załamał. – I jeszcze się z tego cieszysz.
WTF?
- Nie cieszę się. Gnieciesz mi penisa, dlatego się tak krzywię! – jęknąłem, tym samym oddalając na chwilę nieuchronne.
Zabrał nogę, mrucząc ciche „przepraszam”, a potem po prostu przetoczył się na bok i usiadł po turecku, chowając twarz w dłoniach. Chwilę czekałem na kolejny wybuch z jego strony. Był pozornie spokojny, jak pierdolony tybetański mnich, który medytuje w wagonie pełnym pierdolonych tybetańskich mnichów.
Później jednak stwierdziłem, że muszę coś zrobić – nie chcę, żeby cierpiał. I co ważniejsze – nie dam mu odejść.
- Kiedyś cię ruchnę, ruchnę cię! – Zafałszowałem pierwsze, co przyszło mi do głowy.
Strzeliłem standardowego poker face’a.
- Przepraszam, chciałem zaśpiewać coś innego, ale chwilowo zabrakło dobrego pomysłu na tekst… - mruknąłem, kiedy nie odpowiadał.
- Jesteś tak popierdolony, że naprawdę nie wiem, co ja w tobie widzę – warknął.
Usiadłem naprzeciwko niego i zaśmiałem się cicho. Przeczesałem włosy palcami, a potem odjąłem jego ręce od twarzy i spojrzałem mu prosto w oczy.
- Właśnie za to mnie kochasz. A ja kocham ciebie i to się nie zmieni mimo tego, co wydarzyło się w przeciągu ostatnich dwóch tygodni. Bez ciebie jestem jak studnia bez wody, jak zapalniczka bez gazu i jak mucha bez smrodu – wyznałem, aż za bardzo szczerze, sądząc po jego minie.
- To ostatnie mogłeś sobie oszczędzić. – Nadął policzki, niezadowolony.
- Chciałbym dalej z tobą być – szepnąłem cicho, przybliżając twarz do twarzy Natsu. Wplotłem palce jednej ręki w jego włosy.
Skinął lekko głową i już wiedziałem, że wszystko się jakoś ułoży. Po prostu to czułem.
Złączyliśmy wargi w namiętnym pocałunku, który odzwierciedlał tęsknotę i pragnienie, aby ta chwila już nigdy nie minęła.
O kurwa, zauważyłem, że ostatnio coś mądrze gadam. Czyżby ktoś mi zaaplikował jakiś „zmądrzacz”, czy coś?
Tak, nie ma to jak w takiej pięknej chwili myśleć o „zmądrzaczach”, które nie istnieją.
Pogłębiłem pocałunek, jednocześnie zmuszając Natsu, żeby się położył. Całowanie tak bardzo nas pochłonęło, że nie zwracaliśmy na nic uwagi, aż do chwili…
- Gray! Co tu się, do cholery, dzieje?! – Lyon stał w progu, przyglądając się nam z wkurwem widocznym na pierwszy rzut oka. Prawie widziałem, jak czacha mu dymi ze zdenerwowania.
Zerwaliśmy się z podłogi z minami niewiniątek.
- Lyon, ja… - zacząłem. – Z Natsu byliśmy razem wcześniej. I teraz znowu jesteśmy. Przepraszam…
- Nie mogę w to uwierzyć – warknął, podchodząc do nas.
A potem… Mówiąc szczerze, nie wiem, co działo się potem, bo chyba zemdlałem. Oh god, co za wstyd.


Końcówka trochę... dziwna. xD
Nie mam pojęcia, kiedy coś dalej napiszę. ;o
~Misuzu.